Zaległości

Ładnie, ładnie… Na Uomatko wielkie lenistwo. U Asi działam jak zwykle. Podsyłam zaległe perełki 😉

O tych utrapionych pełnowartościowych posiłkach:

Jedzenie to utrapienie – felieton Zuzi Karpińskiej

O wyzwaniach na czterech kołach:

Dziecko w samochodzie – felieton Zuzi Karpińskiej

I o szczęściu w nieszczęściu (albo odwrotnie 🙂 ):

Paradoks dziecka – felieton Zuzi Karpińskiej

 

 

 

 

Dwulatek, czyli nie róbcie tego poza domem

Wyjechałam do przyjaciółki emigrantki na tydzień w moją młodszą. Ma dwóch synów, jednego w wieku rzeczonej, drugiego kilkumiesięcznego. Ten ostatni, mam wrażenie był jedynym sprawiedliwym.

Miały być pogaduchy o dzieciach, poważne rozmowy, ploteczki, wspólne lepienie pierogów, wymiana inspiracji kulinarnych, niespieszne spacery. Miał być luz, a okazało się, że wszyscy wylądowaliśmy na mocno survivalowej wyprawie. Po kilku dniach zostałam okrzyknięta mistrzem Zen i zostałam nominowana przez moich gospodarzy do Pokojowej Nagrody Nobla za nieukrócenie życia mego pacholęcia pomimo wszystko. Jakież inne wyjście ma matka dziecka, które niepokojąco odpowiada opisowi osławionego high need baby.

Myślałam, że nie ma nic gorszego niż dwulatek. Okazało się, że jest. Dwa dwulatki!

Zwłaszcza kiedy jeden (niestety mój) co i rusz wybucha nieposkromionym płaczem (po wykluczeniu moich topowych wytłumaczeń jak głód, niewyspanie, skok rozwojowy, zęby, złe samopoczucie, nadchodząca choroba, stres z powodu nowego miejsca, doszłam do wniosku, że musi być po prostu wcieleniem szatana). Drugi na ten płacz wybucha jeszcze bardziej intensywnym płaczem powodowanym strachem przed płaczem. Tak, dało się wypocząć.

Wypocząć od wypoczynku.

Do płaczów bez powodu i płaczów z powodu płaczów doszły jeszcze płacze z powodu „to moje”, bez znaczenia czyje to było, bo czasem wszystko jest „to moje”. Po tygodniu, kiedy już jako tako zaczęli się dogadywać, zgodnie wyrywać kwiatki z ogródka i pić wodę z baseniku, a my w końcu się rozluźniać, naszedł czas powrotu.

Podczas lotu tam pękałam z dumy, że udało mi się świetnie przygotować do podróży. Ulubione książeczki, jedna zupełnie nowa, była też układanka magnesikowa, ukochana plastelina, tajna broń w postaci aplikacji na telefon, przekąski i przypadkowo przemycone picie w kartoniku. Tak więc podczas lotu z powrotem uśpiona była moja czujność na niehumory i zaliczyłam moją pierwszą klasyczną histerię samolotową. Zainteresowana była niewyspana, lot wypadł w czasie drzemki, aplikacja od początku trochę wkurzała, bo wymagała zbyt precyzyjnych ruchów palcem od zmęczonej duszyczki. Książeczki po kilku przeczytaniach były be, a przez to, że raz po raz spadały z kolan małej na korytarz, były tak bardzo be, że uznała, że warto to za każdym razem głośno wykrzyczeć. Ukochana plastelina i frapujące wcześniej magnesiki nie zasłużyły nawet na chwilę uwagi, tak samo jak kilka nowych pierdółek. Przy obniżaniu do lądowania zaczęłam robić próby posadzenia i przypięcia mojej królewny na siedzeniu. Wielkie NIE. Kiedy już zaświeciło się wezwanie do zapięcia pasów, kategorycznie nakazała i mi się rozpiąć. Syrenę włączyła na pełny regulator. Szczęście w nieszczęściu, że nie groziła mi finansowa odpowiedzialność za awaryjne lądowanie, lotnisko docelowe było tuż tuż. Przeprosiłam faceta siedzącego obok nas za te krzyki. Thats ok, powiedział. Farciarz miał słuchawki na uszach i oglądał film. Poprosiłam stewardessę łamiącym się już głosem o pas dla niemowląt i siłą usadziłam tego diabła na moich kolanach, przymocowując do swojego pasa bezpieczeństwa i ostatecznie unieszkodliwiając aplikacją w telefonie, która jako jedyna jeszcze trochę na nią działała. Udało się we względnej ciszy, za to ze zlasowanymi mózgami, zakończyć naszą zagraniczną przygodę.

I w tym miejscu chciałabym coś zaznaczyć. Przy każdym locie samolotem z dzieckiem miałam wrażenie, że przyszli współpasażerowie widząc mnie z młodzieżą, myślą w duchu „Obym tylko nie siedział/a obok”. Co więcej, ja sama lecąc bez dzieci, tak myślę na widok malucha. Inni pasażerowie, fakt, są narażeni na potencjalną histerię, ale jedyne co muszą – to wytrzymać nieprzyjemne dźwięki. Matka dziecka musi na tym niewielkim wycinku metra kwadratowego, wśród wielu nie zawsze współczujących spojrzeń, okiełznać to szalejące, ryczące tornado, na które ma, wbrew pozorom, niewielki wpływ, bo dzieci tylko w niewielkim stopniu są sterowalne głosem, zwłaszcza podczas takiej chryji, za pomocą tylko tego co ma pod ręką, myśląc tylko o tym, że gdyby mogła cofnąć czas to oglądałaby z większą uwagą jak stewardessy na początku lotu wskazywały wyjścia ewakuacyjne. Wiedziałaby jak uciec teraz z samolotu. Warto przy okazji następnego lotu pomyśleć ciepło o tych matkach, tragicznych heroinach pasażerskiego ruchu lotniczego.

Fit mama

Byłam kiedyś u dietetyczki. Przy prowadzeniu wywiadu zapytała o aktywność fizyczną. Na końcu języka miałam, że żadna, bo ani cross fitu, ani spinningu, ani body ball, ani aqua runingu… Zanim usłyszała odpowiedź, sama stwierdziła, że średnia, bo przecież mam małe dzieci…

Pod dresami, czyli rodzicielskim strojem roboczym, są stalowe muskuły, zadbane na równi z wychuchanymi dziećmi, nawet jeśli matki same o tym nie wiedzą.

W sumie wysiłek fizyczny (i psychiczny) mam już od samego bladego świtu. Często nawet w nocy po kilka skłonów po dziecko, wypadów po piciu, podskoków po nadepnięciu na klocek, ćwiczeń oddechowych po kopnięciu w ciemności w coś brzęczącego. A rano szklanka wczorajszej herbaty i heja biegiem do przedszkola w tę i z powrotem. Potem śniadanie – zdrowy fit koktajl z banana rozgniecionego wcześniej na stole przez młodszą i niedopitego przez któreś mleka. Dorzucam jeszcze fit modnego sproszkowanego, młodego jęczmienia, niech się to to w końcu skończy…  Dieta bogato resztkowa jak się patrzy.

Treningi? Po namyśle stwierdzam, że jednak mam. I to za darmoszkę.

Na przykład taki wypad do sklepu, czyli rozgrzewka z trenerem osobistym. Sklep jest na prawo, młodsza leci w lewo. Gonię ją trzy razy dookoła trawnika zanim wychodzimy na prostą. Po drodze jeszcze kilka zwodów na boki, trwających wieki zatrzymań nad mróweczką i podnoszących ciśnienie małych zaginięć. Dziecko wniebowzięte, frajda życia po prostu, a ja mam trening wytrzymałościowy. Wytrzymam, czy tym razem w końcu nie wytrzymam. Ostatnio poziom trudności wzrasta, bo młoda rozkręca się na rowerku biegowym. I o ile zawsze krzywo patrzyłam na takie szelki-smycze dla dzieci, to coraz częściej i coraz poważniej o czymś takim myślę.

Małe codzienne zakupy czy spacer to rozgrzewka przed próbą samobójczą, czyli większymi zakupami w hipermarkecie z dzieckiem/dziećmi. Kiedy już przerzucę tonę zakupów do wózka, na taśmę, a potem do samochodu i dojadę do domu, zaczynają się schody. Dosłownie. Mieszkam na trzecim piętrze bez windy, do tego schody są kręcone. Istne marzenie tragarzy mebli. I moje, kiedy muszę wnieść zakupy, których tak beztrosko dokładałam do wózka. Pół biedy jak młodsza śpi. Zanoszę wtedy denatkę na górę, ewentualnie zabezpieczam starszego bajką, jak też jest z nami i mam czas na pozakupowy trening siłowy. Do wyboru, w zależności od nastroju dwa moduły. Moduł Mocarz – zabrać się na raz i z pomocą wszystkich znanych przekleństw mamrotanych pod nosem, starać się nie zesrać po drodze lub moduł Figura – rozłożyć zakupy na dwie, trzy raty i ganiać po schodach tyleż razy, powtarzając sobie, że od tego nie żylaki się ma na starość, a piękne nogi. Gorzej jak mała nie śpi. Wtedy idziemy na górę razem. Ja objuczona jak himalajski Szerpa, a ona radośnie schodek po schodku, nóżka za nóżką powolutku wchodzi. W połowie pierwszego piętra mówi zadowolona: Usiądę sobie. Wtedy albo wybieram moduł Hardkorowy Koksu i mamrocząc najmroczniejsze przekleństwa jakie znam, biorę ją pod pachę i na fali furii jaka we mnie narosła, docieram nadludzkim wysiłkiem na górę albo wybieram moduł Figura Plus, rzucam: a siedź, wrócę zaraz po Ciebie i najpierw wnoszę zakupy, a potem wypoczętą na schodku księżniczkę.

Mięśnie brzucha? Nie ma problemu.

Za każdym razem jak choruję z dziećmi kaszlę tak intensywnie, że dostaję zakwasów. Okazje ku temu mam częściej niż bym chciała, a ponieważ przedszkole jest mekką wszelkiego paskudztwa chorobotwórczego to coś czuję, że czeka mnie sześciopak.

Na koniec warto zadbać o dotlenienie organizmu.

Tu ośmielę się stwierdzić, że matki maluchów to prawdopodobnie najbardziej dotleniona grupa społeczna. Ja, kiedy tracę cierpliwość, robię głębokie wdechy i wydechy, licząc do dziesięciu. To może zdziałać cuda. Oprócz dotlenienia mózgu, uspokojenia myśli, ratuje życie i zdrowie dziecka. Powtórzone kilkanaście razy dziennie dotlenia do granic hiperwentylacji. Kręci się w głowie, jak po nadmuchaniu wielkiego materaca. Tak, że i z alkoholu można zrezygnować.

No ale po całym dniu psychika też ważna. To może jednak ten sześciopak…

Wpis matka – o byciu matką

Kiedy zaszłam w ciążę, byłam pierwsza w moim otoczeniu. Kiedy mój starszy syn był już na świecie, miałam wrażenie, jakbym jedyna na świecie urodziła dziecko. Nie mogło mi się pomieścić w głowie, że prawie każda kobieta doświadcza czegoś o mocy wypadku samochodowego.

Rodzisz się i masz wypisane między nogami to, że jesteś jedną z około połowy ludzkości, której, trzymając się tego komunikacyjnego porównania, najpewniej przyjdzie przeżyć taką kolizję z nowym życiem. Po porodzie starszego czułam się jak po zderzeniu z ciężarówką, po młodszej już tylko na szczęście z motocyklem. W tym zderzeniu zginęła jakaś część mojego mózgu. W to miejsce wyrosło serce matki. Serce matki, które każe bronić tą nieskoordynowaną glizdę, do ostatniej kropli krwi. Przez pierwszy miesiąc mówiłam o synu to dziecko i nie mogłam się przemóc, żeby powiedzieć do niego po imieniu, ale byłam pewna na 100%, że dałabym się za niego pokroić bez najmniejszego wahania. To właśnie serce matki każe nam też płakać na reklamach banków, żeli do mycia i serwisów sprzedażowych, przy każdym ckliwym, mało wyrafinowanym filmie czy książce, które uderzają w emocje i przez pięć następnych lat nie pozwala oglądać filmów pokroju „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”.

Jeśli to nowo powstałe życie nas nie wykończy, to nas wzmocni.

Bo z dziećmi nie ma miejsca na coś co nie działa, wszystkie niesprawne procedury runą prędzej czy później. I żeby się nie wykończyć trzeba się rozwijać i wzmacniać. I nie ma wyboru. I to właśnie jest świetne.

Są też ogromne emocje.

Te towarzyszące na co dzień rodzicowi można śmiało porównać z ekstremalnymi emocjami towarzyszącymi posiadaczowi niesprawdzonego spadochronu. Strach, który przewija Ci przed oczami wszystkie znane i domniemane choroby i urazy wewnętrzne, kiedy dziecko płacze trochę bardziej niż zwykle. Ogromna radość, duma i wzruszenie z pierwszego uśmiechu i każdego następnego dokonania, łącznie z wyjątkowo siarczystym pierdzioszkiem. Ogromna miłość kiedy patrzysz na to biegające dziecię i myślisz: jakie ono niesamowicie śśśliczne, jakie śśśliczne. Poczucie winy, bo znowu zawadziłaś tą małą główką o futrynę, przechodząc z dzieckiem z pokoju do kuchni. Złość, bo nikt inny nie zezłości tak skutecznie i mocno jak własne dziecko. I każda inna emocja, która w zetknięciu z dzieckiem wzrasta x 100.

Ale macierzyństwo to nie tylko emocjonalne uniesienia i upadki, to też całe morze praktyki i wynikającej z niej wiedzy.

Ja wiem już między innymi jak rzadko można brać prysznic, bo wieczorem już nie ma siły, a rano czasu. Wiem, jak późno można zjeść śniadanie, i  że czasem ma wiele wspólnego z kolacją. Wiem, jak przedziwne to uczucie kiedy ktoś inny zasika majtki, które masz właśnie na sobie. Wiem, że jestem w stanie zjeść coś, co ktoś inny przed chwilą miał w ustach. Wiem, że często zupełnie na miejscu jest powiedzieć do kogoś: przełknij ślinę i że wszystkie dzieci w którymś momencie swojego życia (obawiam się, że już do końca) mają palec w nosie kilkanaście godzin na dobę.
I taką wiedzą będę się dzielić na tym blogu (haha, nie mogłam się powstrzymać). Może czytając któryś z felietonów pomyślicie: jeju, ja tez mam czasem tak jak ona. Ja bardzo lubię tak myśleć o innych mamach, bo to sprawia, że nie czuję się jedyną na świecie, prowadzącą taki kosmiczny cyrk na kółkach.

Poniżej wklejam linki do moich felietonów, które do tej pory ukazały się na blogu cudownej Joasi Baranowskiej, dzięki jej pomysłowi i gościnności.

(Joasia jest psychologiem, coachem Mam na własnych zasadach i edukatorką Pozytywnej Dyscypliny. Gorąco i bezinteresownie polecam ją każdej mamie na zakręcie, czy to osobistym, czy to związanym z dzieckiem.)

Tu pierwszy pilotażowy felieton o gilach, teatrzyku, studiach i znowu o gilach.

Bycie diabłem uskrzydla – felieton Zuzi Karpińskiej

Tu o piersi matki, o jej usypiającej mocy i tym, że trudno ją sobie odgryźć.

Wieczór kojotki – felieton Zuzi Karpińskiej

Tu o furii, nauce mówienia i wyrzucaniu dzieci przez okno.

Mała wielka furia – felieton Zuzi Karpińskiej

Można komentować, no bo czemu by nie 🙂